piątek, 11 września 2015

Rozdział VII



Ścieżka prowadząca na łagodne wzgórze była wąska i błotnista. Zbliżał się wieczór, słońce ociężale zawisło nad horyzontem, a dotkliwy chłód wdarł się w powietrze, zwiastując zimną noc. Szli w milczeniu, ramię w ramię.
Siril wciąż czuł się zmęczony, mimo że po przyjeździe do domu Allesany przespał kilka godzin w ciemnym pomieszczeniu ukrytym pod klapą w podłodze. Zasnął niemal natychmiast, chociaż było tam duszno, śmierdziało potem i przetrawionym alkoholem, a Gruby Berkh chrapał na sąsiednim posłaniu tak doniośle, że niskie sklepienie zdawało się wibrować. Siril obudził się w kompletnych ciemnościach i bez najmniejszej ochoty ruszania się z miejsca. Po długich minutach w gęstym mroku, spędzonych wyłącznie na wsłuchiwaniu się w odgłosy kroków i szurania nad swoją głową, pragnienie wreszcie zmusiło go wyjścia na górę. Zmrużył oczy w nagłym blasku, a nim odzyskał ostrość widzenia, Evanthiel podsunął mu krzesło i postawił przed nim kubek czystej wody. Siril poczuł się lepiej.
Teraz wspinali się na nieduże wzniesienie w swobodnym milczeniu. Przed nimi roztaczał się obraz zielonych wzgórz, połatanych ciemnymi płatami pól uprawnych i przetykanych niewielkimi skupiskami drewnianych budynków i drzew. Kilka strumieni meandrowało pomiędzy nierównościami terenu, a dalej piętrzyły się góry, oddzielające ziemie Tallenu od państwa Galdoru. Dzięki zachodzącemu słońcu, cienie pogłębiły się w niektórych miejscach, w innych światło zbierało się niczym bursztynowe kałuże. Siril jednak nie czuł się siłach, żeby docenić urokliwość widoku, patrzył głównie pod nogi, na brunatną, wilgotną ziemię i niemrawo przyklapniętą trawę.
Na szczycie Evan wyciągnął zza paska ciemną butelkę. Chyba przygotował ją wcześniej, bo wystarczyło, że wyciągnął korek zębami. Ostatnio, kiedy pili razem Ferlano Ibrisi, długo męczyli się z dostaniem do alkoholu, aż w końcu wepchnęli korek do środka przy pomocy patyka. Pomyśleli, że znawcy win podostawaliby chyba ataków serc na tak grubiańskie traktowanie tego trunku i to bardzo poprawiło im nastroje.
Wciąż nie zamieniając ze sobą ani jednego słowa, na zmianę pociągnęli kilka łyków. Wino było mocne i ciężkie, o cierpkim, jakby jałowcowym posmaku i tak gorzkie, że aż drętwiał język. Gdyby, zgodnie z przeznaczeniem, pili je z kryształowych kieliszków, mogliby docenić jego barwę – czarną jak noc, mieniącą się w świetle głębokim, rubinowym poblaskiem. Siril pamiętał to z czasów młodości.
– Tak – powiedział w końcu Evanathiel. – Wciąż uważam, że jest nad wyraz paskudne.
– Podobno ten wykwintny bukiet docenia się z wiekiem. – Siril uśmiechnął się z półgębkiem, a Evan z namysłem przyjrzał się butelce.
– Obawiam się, że nawet i za tysiąc lat nie byłbym w stanie docenić tego gorzkiego ścierwa.
– Cóż, najwyraźniej z chamstwa się nie wyrasta. Masz zbyt prostackie podniebienie – zażartował i napił się ponownie.
– I ty też – skomentował Evan z uprzejmym rozbawieniem.
– I ja też – potwierdził jego rozmówca zdecydowanie, czując jak usta wykrzywia mu grymas niesmaku, kiedy ciężki trunek osiadł w pustym żołądku.
Przez chwilę podawali sobie butelkę z rąk do rąk i patrzyli, jak jasne plamy bursztynowego światła kurczą się coraz bardziej, a słońce opada niżej za horyzont, w otoczeniu różowych i pomarańczowych maźnięć plamiących szare niebo.
– Więc?
Siril dał sobie czas, żeby przetrawić to krótkie pytanie. Wiedział, że Evan nie będzie naciskał. Nie patrzył nawet na rozmówcę, aby nie wywierać presji i dać mu czas, żeby podjął temat kiedy będzie gotowy. Zanim nadeszła odpowiedź, zdążyli trzykrotnie wymienić się butelką, a w dole zaczęły się kłębić pasma mgły.
– Myślę, że wróci do swojego męża. Wydaje mi się, że nie wróciłaby do niego, gdybym ją przekonał. Mogłem ją przekonać. Chyba chciała, żebym ją przekonał. Ale ja nie byłem pewny.
– A teraz?
– A teraz dalej nie jestem pewny. – Wzruszył ramionami. – I chyba nie chcę się nad tym zastanawiać. Ale może... może wszystko dlatego, że za bardzo się bałem, że to spieprzę. Ja i tak mam spieprzone życie, ona nie musi mieć. A to cholerstwo jest zaraźliwe.
– Wiesz, coraz częściej mi się wydaje, że ty po prostu lubisz być nieszczęśliwy.
– Może po prostu się przyzwyczaiłem.
– To, że przez kilka lat żarłeś gówno, nie znaczy, że musisz napluć w miskę gulaszu, który ktoś ci podsuwa.
Siril roześmiał się sucho.
– Zawsze lubiłem twoje metafory – przyznał. – I pewnie masz rację, jestem durniem. Ale taką podjąłem decyzję. Zawsze podejmowałem chujowe decyzje i jak widać, na starość nie zmądrzałem.
Evanathiel przez chwilę przyglądał mu się jasnymi, bystrymi oczami, jakby widział go na wskroś.
– To nieprawda – zaprzeczył łagodnie. – Każdy z nas czasem błądzi, ale ja zawsze ufałem twoim decyzjom. I nadal ufam. Jeśli zdecydowałeś się z niej zrezygnować, wierzę, że zrobiłeś to dla jej dobra. Że z takich, czy innych powodów, tak będzie lepiej dla was obojga. – Mówiąc to, położył dłoń na ramieniu przyjaciela i ścisnął lekko. To był prosty, niewiele znaczący gest, a jednak dodawał otuchy. Siril skinął głową, wdzięczny, że dłoń nie zniknęła od razu. Przez chwilę pił cierpkie wino, które z wolna zaczynało uderzać do głowy, a ten lekki, pewny ciężar dawał poczucie wsparcia. Uczucie, że ktoś jest po jego stronie cokolwiek by się nie działo, sprawiło, że napięcie, do którego tak przywykł, że niemal nie zdawał sobie z niego sprawy, nagle z niego uszło. Rozluźnił mięśnie i miał wrażenie, jakby zrobił to pierwszy raz od wieków. Cenna była też świadomość, że nie musiał dziękować.
– Teraz twoja kolej.
– Moja? – mruknął Evan, przejmując butelkę.
– Powstanie. Rozmawiałem ze Szczurem, ale mówił, że ty lepiej to wyjaśnisz.
Evanathiel milczał chwilę, a kiedy podjął temat, nie patrzył na rozmówcę tylko gdzieś w dal, na góry, gdzie mgła wiła się między drzewami, przysłaniając ciemne skupiska drzew jak poszarpany, mleczny całun.
– Cesarz od lat próbuje zdobyć Galdor. Kilka lat pokoju, a potem znowu mozolne oblężenia, kilka bezowocnych potyczek i powrót do satus quo. Nie potrafi przedostać się przez góry, tych kilka miejsc, którymi da się przeprowadzić armię, jest zbyt dobrze chronione. Sanzo spędził w twierdzy Eldannah prawie piętnaście lat, on lepiej opowie, jak tam było. Teraz Cesarz zdecydował się na nowy krok. Buduje flotę. Zawarł układ z Unią Rainmarską, że przeprowadzi wojska przez ich tereny, w zamian obiecując im całkowitą niezależność.
To wcale nie brzmiało jak dobre wiadomości. Siril wciąż potrafiłby narysować z pamięci dokładną mapę kontynentu – strona zachodnia, obecnie całkowicie opanowana przez Imperium, oddzielona od wschodniej masywnym łańcuchem górskim. Za nim znajdował się Galdor, od wieków bardzo bliski sprzymierzeniec Tallenu, cała reszta państw natomiast wchodziła w skład Unii. On znał ich nazwy: Armair, Sereves, Vaschia... Dla większości Talleńczyków jednak, był to po prostu odległy, tajemniczy teren wielkiego dobrobytu, nazywany potocznie Dalekim Wschodem. Przez cały czas trwania konfliktu z Karravenem, Unia pozostawała neutralna, lecz udzielała im czasem wsparcia finansowego, lub przesyłała zaopatrzenie nazywając to „pożyczkami”, żeby nie dawać politycznych dowodów zaangażowania. Jeśli doszłoby do wojny z Imperium, mieliby duże szanse odniesienia zwycięstwa, lecz byłaby to walka długa i wyniszczająca. Dopóki Cesarz siedział oddzielony od nich łańcuchem górskim, byli zadowoleni, ale z pewnością nie chcieli mieć karraveńczyków tuż pod nosem, dlatego po cichu wspierali defensywne działania Galdoru. Jeśli jednak w końcu zdecydowali się na podpisanie paktu, nie było najmniejszych szans, żeby ostatni sojusznik Tallenu wyszedł z tego starcia cało, co ostatecznie pogrzebywało nadzieję, że Tallen, czy jakiekolwiek inne państwo, kiedykolwiek wywalczy wolność od władzy Cesarza.
– Więc mamy zamiar popełnić masowe samobójstwo, bo nigdy nie odzyskamy naszych ziemi? – zapytał Siril kwaśno.
– Daj mi skończyć – Evanathiel zganił go łagodnie, zerkając na niego przelotnie, żeby posłać lekki uśmiech. – Mówi się, że Cesarz czuje, że zbliża się do schyłku życia, dlatego jest tak zdesperowany, żeby dokończyć dzieła. „Dwie potężne siły, zjednoczone w jedną, nieskończoną potęgę”. Tak podobno mówi o tym przymierzu. Na szczęście Unia nie jest do niego tak optymistycznie nastawiona. Kilka wiarygodnych źródeł doniosło o pewnych dyskretnych rozmowach z wysoko postawionymi Galdorczykami, o tym, że chętnie ten pakt złamią, jeśli dostaną odpowiedni ku temu powód.
– Powstanie w Tallenie ma być ku temu powodem? Z całym szacunkiem, ale stłumić nasze powstanie, to dla Cesarza jak podrapać się po tyłku.
– Stwórco, Siril, zapomniałem już, jak uwielbiasz zbijać mnie z pantałyku. – Evan roześmiał się krótko. – Obiecuję, że będziesz mnie mógł do woli besztać i mówić, że jestem idealistycznym kretynem, ale daj mi najpierw skończyć. – Szturchnął przyjaciela ramieniem, kiedy ten wymruczał ciche przeprosiny, a potem podjął swój wywód. – Nie, oczywiście nasze powstanie nie wystarczy. Ale nie będziemy jedyni. Orengard, Livana i Vanara przygotowują się od dawna. Mówi się, że w Lynne też jest niespokojnie. Spodziewamy się, że sporo państw podąży za naszym przykładem. Cesarz złożył wiele obietnic w czasie wojny i wielu z nich nie dotrzymał. Mnóstwo dumnych szlachciców musiało obejść się smakiem, podczas gdy ich rywale otrzymywali tytuły cesarskich namiestników i całe państwa we władania. Są tacy, w których rządzenie z ramienia Cesarza obudziło większe ambicje i tacy, którzy węszą dla siebie duże szanse, kiedy większość prawowitych rodzin królewskich zniknęła z obrazka. Albo zniknie, przy odpowiednim rozpowszechnieniu przekonania, że są to sprzedajni zdrajcy na usługach tyrana. Jeśli Unia Rainmarska włączy się w walkę to będzie... duże. To będzie naprawdę wielkie. Cesarz próbował wprowadzić nowy porządek, ale on jest jak niechlujna konstrukcja z desek. Brak mu fundamentów, brak solidności, jest surowy i nijaki. Jeśli połączymy siły, rozpadnie się w mgnieniu oka. Ten paskudny, wypaczony konstrukt obali się i zapadnie w sobie, a na jego miejsce stworzymy... coś nowego. Dla jednych to szansa na dojście do władzy, dla innych na zwiększenie wpływów, czy wzbogacenie się. Dla nas to szansa na wolność. Dla wszystkich, dla każdego mieszkańca kontynentu, to szansa na nowy początek i możemy sprawić, że będzie to początek czegoś dobrego.
Siril zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu zaciska palce na szyjce butelki i wpatruje się w Evathiela, który wciąż spoglądał na szczyty gór i gdzieś poza nie. W dogasającym słońcu na jego twarz padał cień, ale oczy zdawały się płonąć. Czysty, mocny głos wypełniony nadzieją sprawiał, że chciało się w niego zatopić, dać mu się ponieść. Stać się częścią tych wielkich, zmieniających świat wydarzeń i stworzyć lepszy porządek, nawet jeśli miał on powstać na popiołach tego, co teraz znają.
– Jeszcze jeden sprzymierzeniec stanie po naszej stronie w tej walce. Kiedy lwia część armii Imperium znajdzie się na statkach, żeglujących w stronę Aggedonu, skąd ruszy na Galdor, atak spadnie z północy, zza Białych Szczytów. Północni zjednoczeni pod jednym sztandarem mają ruszyć na Karraven. Podczas gdy większość armii będzie uwiązana w walce na morzu, oni uderzą w samo serce, w stolicę, w Arrenvar i Cesarza we własnej osobie.
– Górale? – zapytał Siril , nagle czując się znacznie bardziej pijany niż wcześniej. Nikt nie brał ich nigdy pod uwagę jako sprzymierzeńców. Chociaż byli liczni, myślano o nich raczej jak o zwierzętach, niż ludziach. Mieszkańcy północnej części Tallenu, sąsiadującej z ich terenami, w swoim dialekcie nazywali Ludzi Gór „halv-dýrië”, pół-bestie. Nie mieli państw, ani jednego władcy, żyli w wiecznie skłóconych, pół-koczowniczych plemionach i nie darzyli obcych sympatią.
Tak. Galdorczycy zdołali zawrzeć z nimi porozumienie.
No dobrze – mruknął Siril, pocierając nasadę nosa, w marnej próbie ogarnięcia myśli. – Powiedzmy, że to ma sens. Jak wyobrażasz sobie nasze powstanie? Nawet biorąc pod uwagę, że Cesarz będzie miał znacznie ważniejsze sprawy na głowie, Ylion Vanne raczej nie zejdzie z tronu namiestnika po dobroci. Ma swoich ludzi, ma broń i pieniądze. A my, z całym szacunkiem dla twojej podziemnej działalności, gówno mamy. Chcesz, żebyśmy wszyscy podnieśli patyki i zaszarżowali na oddziały Straży Imperialnej, licząc, że przeciwnicy poumierają ze śmiechu?
– Władza to nie tylko namiestnik. – Evan skierował spojrzenie na rozmówcę. Mówił teraz pewnie i rzeczowo. – Każdy z dziewięciu arlów ma swoich ludzi. W czterech okręgach ostatnio panował „niepokój”, wobec czego trzeba było zwiększyć nabór. Dla utrzymania ludności w ryzach oczywiście. – Uśmiechnął się lekko. – Trzech arlów delikatnie zasugerowało swój brak zainteresowania tymi działaniami i tymi, które nastąpią. Pod warunkiem, że zostaną zostawieni w spokoju. Nie sprzeciwią się jawnie namiestnikowi, żeby nie narazić się za bardzo w razie porażki, ale nie będą zbyt aktywnie działać w jego obronie. Na czele ma stanąć Jaenar Navaris. To daleki krewny zmarłego króla Radana. Siódma woda, ale wciąż królewska krew. Poznałem go, to mądry człowiek i ma serce na swoim miejscu. Ludzie za nim pójdą. I nie, nie chodzi mi o to, żeby każdy wieśniak złapał za widły i ruszył oblegać stolicę. Ale w naszym kraju wciąż jest wielu silnych mężczyzn, którzy pragną zobaczyć na tronie nowego króla. Może nie mamy warunków, żeby odpowiednio ich wyszkolić i uzbroić, ale nie jest tak źle jak myślisz. Nie spędziłem ostatnich dwudziestu lat na śpiewaniu patriotycznych piosenek w piwnicach. Myślę, że jesteśmy na to gotowi, Siril. Myślę, że naprawdę mamy szansę. Nadchodzą wielkie zmiany i chcę, żebyśmy byli częścią tych zmian. Żeby w naszym kraju znów można było mówić w naszym języku, żebyśmy mogli handlować z kim zechcemy, wychowywać dzieci we własnej kulturze i opowiadać im historie o bohaterach naszego państwa, a żeby kiedyś, być może, jakaś matka opowiedziała swojemu dziecku o nas. Chcę, żeby okrzyk „niech żyje król!” przestał być pustym hasłem i wyrazem bezsilnego buntu, a stał się naszym symbolem zwycięstwa.
Siril pamiętał takiego Evanathiela. Z oczami pełnymi wiary, przemawiającego spokojnie, pewnie i szczerze, z głębi serca. Jego słowa i spojrzenie rozbudzały coś w głębi duszy, sprawiały, że po prostu chciało się za nim podążać. Miał jakiś dziwny blask, do którego lgnęło się jak ćmy do ognia, jakiś rodzaj piękna, od którego ciężko oderwać wzrok.
– Wiem, że zawsze uważałeś mnie za kogoś, kto chętnie umrze za ideę – podjął Evan po chwili. – Ale, wierz lub nie, dorosłem. Zmądrzałem. I nie proszę cię, żebyś dołączył do nas, bo wolny Tallen to ładne marzenie. Nie prosiłem cię wcześniej, żebyś dołączył do mojej, jak to ładnie kiedyś nazwałeś, szermierki z wiatrem. Proszę cię teraz, bo naprawdę mamy szansę. Bo to więcej niż mrzonka, to realna walka, z całkowicie realną szansą na zwycięstwo. A ja cię potrzebuję. Potrzebuję twojego realizmu, kiedy ponosi mnie idealizm, potrzebuję twojego rozumu, kiedy zaczynam kierować się emocjami. Chcę wiedzieć, że ktoś komu ufam, pilnuje moich pleców. I że nie jestem sam.
– Co na to wszystko pozostali?
– Szczur jest ze mną od początku, Lorik od dłuższego czasu też. Sanzo to żołnierz. Prawdziwy żołnierz; nie bardzo wie, co zrobić, kiedy nie ma dla kogo walczyć. Berkh wróci do żony. Zostawi trochę pieniędzy i powie, że on sam nie na wiele by się przydał. Będzie miał wyrzuty sumienia, więc obieca dosłać tyle pieniędzy, ile tylko zdoła i pewnie tak zrobi. Juven wciąż się zastanawia, ale myślę, że się zgodzi.
– A Fandril?
Evan zaśmiał się i pokręcił głową.
– Nieźle czytam ludzi, ale musiałbym zostać Dwudziestym Czwartym Prorokiem, żeby wiedzieć, co zrobi Fandril. Równie dobrze może do nas dołączyć, odejść, albo pomalować się na zielono i stwierdzić, że od dzisiaj postanawia zostać trawą.
– Pozwolisz mu, jeśli będzie chciał do nas dołączyć?
– Jeśli tak zdecyduje to obawiam się, że nie jestem w stanie zrobić niczego, co zmieni jego zdanie. Ale nie martwiłbym się o niego za bardzo. Może jest trochę nie tam, gdzie trzeba, ale instynkty ma zazwyczaj dobre i potrafi o siebie zadbać.
– A co będzie z Allesaną? Widziałem te dzieciaki, przygarnia sieroty, prawda? Co będzie, jak przestaniesz się nią zajmować?
– Trudno powiedzieć, żebym zajmował się Allesaną, jeśli już, to sytuacja ma się odwrotnie – wyjaśnił Evan z uśmiechem. – Jest silna, zaradna i mądra, da sobie radę. Są jeszcze starsi wychowankowie, Ryza, Naikon i Brago. Pomagali przemycać towary i przerzucać uciekinierów do Galdoru górskim szlakiem. To bystre dzieciaki, zajmą się resztą.
Siril chciał jeszcze o coś zapytać, ale zdał sobie sprawę, że przeciąga. Evanathiel jak zwykle nie naciskał, pozwalając mu przygotować się do odpowiedzi, ale nie mógł jej unikać bez końca. Musiał przyznać, że serce rwało się, żeby ruszyć za Evanem. Gdyby był dwadzieścia lat młodszy, ani przez chwilę by się nie wahał, teraz jednak do słowa dopuścił także rozum, który podpowiadał ostrożność. Siril doskonale pamiętał te niecałe dwa lata, które spędził walcząc u boku przyjaciół. Wszystko co najlepsze, i wszystko co najgorsze, spotkało go właśnie w tym czasie, jakby całe jego prawdziwe życie skupiło się na tym krótkim odcinku. Reszta stanowiła jakby rozmazane tło, maskujące pustkę. Jedzenie straciło smak, a kobiety wdzięk, alkohol nie był w stanie spłukać posmaku popiołu z ust. Walka, która kiedyś rozpalała krew w żyłach, to balansowanie na granicy śmierci pozwalające na kilka chwil pojąć ogrom i wspaniałość życia, zmieniła się w smutny rytuał zabijania za pieniądze. Rozum mówił, że już byt późno, żeby wskrzesić przeszłość, ale w tym przypadku, serce miało rację twierdząc: „a co masz jeszcze do stracenia?”.
– Jestem z tobą – powiedział Siril wreszcie, unosząc prawie już pustą butelkę jak do toastu. – Zbudujmy nowy świat – mruknął, trochę bardziej ironicznie, niż zamierzał. „Albo patrzmy, jak wszystko szlag trafia”, przeszło mu przez głowę, ale zapił tę myśl gorzkim Ibrisi, nim zdołał wypowiedzieć ją na głos.
*
Nim wrócili, słońce zdążyło się całkowicie schować za szczytami, pozostawiając za sobą jedynie blednącą, czerwoną smugę. Wieczór był ładny i zaskakująco ciepły jak na tę porę roku, więc mimo gęstniejącego półmroku na zewnątrz wciąż biegało kilka dzieciaków. Evan rzucił coś o przygotowaniach do kolacji i zniknął w sieni, a Siril z opóźnieniem zdał sobie sprawę, że stoi sam pośrodku ogrodu, z głową ciężką od wina i wątpliwości.
Przez chwilę stał bez celu, jakby nie mogąc przypomnieć sobie gdzie jest, kim jest i co tu robi. Zdał sobie sprawę, że w ciągu ostatniej doby jego życie wykonało jakiś dziwny zwrot i ze znanej ścieżki zboczył w obcą gęstwinę. Zamyślił się i poniosły go nogi, a teraz nie tylko nie wiedział, jak się tu znalazł, ale też nie miał pojęcia co znajduje się przed nim, a zawrócić już nie sposób.
Z zamyślenia wyrwał go szczęk stali. Nie mając pomysłu, co ze sobą zrobić, nim wszyscy zbiorą się w głównej jadalni na pożegnalnym posiłku, skierował się właśnie tam. Sanzo pojedynkował się z dwójką młodych ludzi, którzy musieli być rodzeństwem. Dziewczyna była młodsza, piętnasto, może szesnastoletnia, chuda i płowowłosa. Jej brat, starszy o jakieś cztery lata, miał ciemniejszą czuprynę i potężniejszą, choć wciąż szczupłą sylwetkę. Rysy twarzy mieli natomiast niemal bliźniaczo podobne – te same ostre podbródki i łagodnie zarysowane szczęki, wąskie nasady nosa i regularne, mocno wygięte w łuk brwi.
Na pierwszy rzut oka dało się ocenić, że nie pierwszy raz trzymali w dłoniach miecze i nie pierwszy raz działali w duecie. Chłopak starał skoncentrować na sobie uwagę byłego żołnierza, jego ataki były poprawnie wyprowadzane, chociaż przewidywalne, ale parując ciosy często tracił równowagę i reagował nerwowo, stal przerażała go bardziej, niż zdawał sobie z tego sprawę. Dziewczyna przeciwnie, doskakując do przeciwnika zwinnie jak kotka, wykorzystywała szybkość i lekkość bez trudu unikając ripost następujących po jej cięciach i wypadach, te jednak były niezręczne i często wyprowadzane z wahaniem. Też bała się stali, ale bardziej tego, że przypadkiem zrani partnera sparingu, niż sama przypadkiem zostanie draśnięta. Sanzo przeważał nad nimi nie tylko siłą, ale i doświadczeniem, pewnie stawiał stopy na pokrywającej się rosą trawie, skutecznie unikając zajścia od tyłu.
Siril przez chwilę przyglądał się temu z zainteresowaniem, przypominając sobie, jak w młodości sam ze wszystkich sił starał się przebić przez obronę niedoścignionego nauczyciela, bardziej niż wszystkich nieszczęśliwych wypadków, obawiając się zbłaźnienia na oczach braci.
– Może ty chciałbyś się spróbować z młodymi? – Sanzo przerwał walkę i wpatrywał się teraz w niego pytająco. – Lorik nieźle ich wyszkolił.
Lorik. Siril pamiętał, jak strofował smarkacza, że miecz to nie cep i że ma nim tak nie młócić, jak spędził beznadziejnie długie godziny, wbijając mu do głowy podstawowe kroki. A teraz Lorik miał własnych uczniów.
– Zostawiłem miecz. – Siril pokręcił głową, woląc nie tłumaczyć, że pół butelki wina na pusty żołądek zakręciło mu w głowie. Dla południowca mocna głowa była cnotą nie mniej ważną, co honor i odwaga.
– Kiedyś byś nie spuścił go z oka.
– Kiedyś – niemiłe warknięcie wyrwało się z jego ust odruchowo; zbyt przyzwyczaił się do rozmawiania z ludźmi w ten sposób. Ale Sanzo przecież nie był jakimś tam obcym, był przyjacielem – ile to razy wylewali razem smutki nad zwiniętą wieśniakom butelką bimbru, albo snuli razem wizje świetlanej przyszłości. Siril musiał się przyzwyczaić, że nie przebywa wśród wrogów, ale skostniała skorupa, którą się otoczył, nie zamierzała ustąpić tak szybko. Na moment zapadła niezręczna cisza, ale przerwał ją brat dziewczyny.
– Ryza, zanieś to do schowka i pomóż przy kolacji – rozkazał siostrze, wciskając jej własną broń. – I tak już ciemno, jeszcze tego brakuje, żeby ktoś się wpakował w drzewo albo własny miecz.
– To chyba tylko tobie grozi, masz wzrok jak kret – odparowała dziewczyna.
– Idźże. Myślisz, że nie wiem, że cały dzień ślęczeliście z Brago nad tymi papierzyskami od mnicha? Allesana ma dość na głowie, pomyśl o tym i spróbuj choć trochę ją odciążyć – zakomenderował twardo i, nie słuchając dalszych protestów, sam odszedł zająć się własnymi sprawami. Ryza wydęła usta niezadowolona, ale ruszyła do domu, a mijając Sirila posłała mu lekki uśmiech. Spróbował go odwzajemnić, ale drgnięcie kącika ust przypominało bardziej przedśmiertny skurcz.
Został sam z Sanzo, który sięgnął po porzucony na ziemi bukłak i pociągnął zdrowo.
– Wygląda na to, że z mieczem zdążę się jeszcze nachodzić – odezwał się w końcu zabójca, a południowiec uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.
– Więc Evan jednak cię przekonał.
– Czyżbyś był zaskoczony?
– Dziwisz się? Ciężko cię odczytać, do nikogo słowem się nie odzywasz. No i jeszcze ta sprawa z... – Sanzo zdał sobie sprawę, że się zapędził i napił się, zanim imię Elory zdążyło paść z jego ust. – Evan sam nie był ciebie pewny, a on zna cię najlepiej.
– Evan nie był pewny, czy mnie przekonana? – Siril kpiąco uniósł brwi. – Przecież on potrafi przekonać żabę, do tego, że jest psem.
– Ano, kiedyś bym nie wątpił. Ale wiesz jak jest, wszystko się zmienia.
– Widać nie wszystko.
– Wszystko, wszystko... – Żołnierz pokręcił głową w zamyśleniu, ale zaraz melancholię na jego twarzy na powrót zastąpił łobuzerski uśmiech. – Ale od teraz, już tylko na lepsze!

– Taak. Wszystko idzie na lepsze – mruknął Siril nieprzekonany, znowu próbując się uśmiechnąć. Efektowi daleko było do ideału, ale na razie musiało wystarczyć.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Będzie rozdział, teraz już mówię serio.

 Dzień dobry.
W ostatnim czasie udało mi się otrzymać dwie oceny (Wspólnymi Siłami i Pomackamy), i obie okazały się znacznie bardziej pozytywne niż się spodziewałam. Ale oczywiście znalazło się sporo błędów, tych na mniejszą i większą skalę. Bez zbędnego owijanie w bawełnę, przyznam szczerze, że chętnie napisałabym całość od nowa, ale:
Po pierwsze primo – nie chcę wprowadzać zbytniego zamieszania i zmuszać tych osób, które do tego czasu dotrwały, do ponownej lektury całości
Po drugie primo – bo i tak nie będzie mi się podobać. Zawsze znajdzie się coś co można lepiej napisać, albo wymyślę wątek, który zechcę jeszcze gdzieś wepchnąć, albo jakiś wątek w ogóle wypieprzyć. I tak w kółko. Dlatego uważam, że lepiej jest doprowadzić fabułę do jakiegoś ważnego punktu zwrotnego, a dopiero potem dokładnie się przyjrzeć całości.
Po trzecie primo ULTIMO – to łączy w sumie dwa wcześniejsze podpunkty, ale musi się pojawić bo brzmi bardzo ważnie. Jeśli wpadnę w błędne koło przepisywania na nowo, to z moim tempem rozwijania historii, nie dotrzemy nawet do momentu gdzie zaczyna się akcja właściwa. Dlatego, chociaż dostałam wiele cennych uwag, które mam w pamięci (a dla bezpieczeństwa też na dysku twardym), postanowiłam nie pakować większych zmian, za to sporządziłam ogólny plan wydarzeń (i hej, okazało się, że zajęło to cztery strony a4 i trzy dni skoncentrowanego wysiłku umysłowego oraz 16 kartek notatek, rysunków, etc). Mam nadzieję, że wszelkie drobniejsze błędy zostały poprawione, jeśli coś przeoczyłam, to mea culpa, naprawdę się starałam.
Dla podsumowania, (inaczej INFO DLA WSZYSTKICH TYCH, KTÓRYM NIE CHCIAŁO SIĘ CZYTAĆ):
Dotąd opublikowanie rozdziały przeszły „lifting”, ale nie ma dramatycznych zmian. Kolejne nie będą się ukazywać regularnie (no wciąż jestem tak samo ciulem jak byłam), ale ukazywać się będą, bo się zawzięłam i będę pisać dalej, choćby mniej szlag trafił, a nawet jak trafi to i tak będę pisać dalej.


A Z NAJWAŻNIEJSZYCH: rozdział poszedł do bety, mam nadzieję, że jeszcze nie uznała mnie za zmarłą. Kolejny się pisze, powoli, jak zwykle.  

czwartek, 16 lipca 2015

Zmiany

Nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda i czy kogoś to interesuje (no ale jeśli ktoś to czyta to w sumie mogę logicznie założyć, że tak), ale postanowiłam wziąć się wreszcie do roboty. Jestem właśnie w trakcie poprawiania dotychczasowych rozdziałów -- zbyt dużych zmian wprowadzać nie będę (pewnie kiedyś dojrzeję do przepisania całości na nowo, ale na tym etapie nie ma to sensu), ale mam nadzieję wyeliminować dotychczasowe błędy. Poza tym sporządziłam wreszcie plan wydarzeń, dzięki któremu mam nadzieję przestać się potykać o własne nogi (w związku z tym parę faktów z wcześniejszych rozdziałów też będę musiała sprostować).
Ósmy rozdział siedzi na dysku i czeka grzecznie na swoją kolej, tak więc nie utknęłam całkowicie, coś się dzieje, jest nadzieja, że się wreszcie ruszy.
Przepraszam, jestem ciulem i nie umiem pisać regularnie.

wtorek, 23 września 2014

Rozdział VI

 Świt spowił las szarością i pasmami mgły. W gałęziach zapanowało poruszenie, rozległ się świergot rozbudzonych ptaków. Było zimno, a niebo na powrót zaczęło przywdziewać żałobne szaty popielatych chmur.
Gdy wyszli spomiędzy drzew, Siril bez słowa wsiadł na konia. Zieleń wysokiej trawy pokrywającej równinę zdawała się blaknąć, stała się równie bezbarwna, jak ten poranek.
Zza piętrzących się na wschodzie gór, w otoczeniu bladej żółci i jasnego różu, wyłaniało się słońce. Pewnie jednak nie będzie mu dane skąpać dzikich, rozległych terenów w swym blasku na długo – pojawił się chłodny, narastający z każdą chwilą wiatr, prawdopodobnie zwiastujący burzę.
Napięcie, jakie wywołały ostatnie wydarzenia uszło z Sirila, pozostawiając po sobie jedynie bezgraniczne znużenie. Przymknął oczy, kołysząc się lekko w dobrze znanym rytmie kroków klaczy. Czuł, jak jej mięśnie płynnie poruszają się pod skórą, czuł coraz mocniejsze podmuchy targające włosy i wiszącą w powietrzu burzę.
I spokój.
Chyba inaczej to sobie wyobrażał. Myślał często o tym dniu i do głowy przychodziły mu tysiące emocji, jakie go wtedy ogarną.
A mimo to odczuwał tylko senność, zmęczenie i spokój.
Wokół nerwowy szelest traw i narastający świst zimnego wiatru. Coraz bardziej ciemniejące niebo i pewny, monotonny rytm końskich kroków.
Spokój...
*
Siril prawie nie zanotował krótkiej wymiany zdań między Elorą i Szczurem ani momentu, w którym ten ostatni zniknął, bezszelestnie wtapiając się w mrok, aby ofiarować im chwilę prywatności.
Owładnęło go dziwne poczucie odrealnienia, jakby nie miał władzy we własnym ciele, odczuwał nienaturalny ciężar własnych kończyn, choć te jakby nie należały do niego. Nie potrafił się zmusić do ruchu ani do wypowiedzenia choćby krótkiego przywitania, zdawało mu się, że pozostaje tylko biernym obserwatorem wydarzeń, na które nie ma wpływu – jak we śnie. Senno-surrealistyczne wrażenie dodatkowo pogłębiało zimne światło gwiazd i – rzucane przez poruszające się na lekkim wietrze gałązki – drobne, ruchliwe cienie.
Bez udziału woli podszedł bliżej szczupłej postaci i parzył, jak jego własna dłoń ostrożnie sięga brzegu kaptura.
Elora nie powstrzymała go ani nie odezwała się słowem, kiedy powolnym ruchem odsłonił jej twarz. Serce waliło mu w piersi, nagle obudził się w nim irracjonalny lęk, że ten niby-sen nagle zmieni się w koszmar i zamiast ukochanej zobaczy przed sobą pysk jakiejś krwiożerczej bestii, która pożre mu serce i ostatnie resztki nadziei.
Oczywiście, tak się nie stało, ale Siril i tak drgnął. Wnętrzności zacisnęły mu się boleśnie, serce zakłuło jak dźgnięte nożem i choć bardzo chciał, nie potrafił oderwać spojrzenia od brzydkiej blizny na lewym policzku Elory. Duża i nieregularna szrama, jak po paskudnej szarpanej ranie, zaczynała się na kości jarzmowej i kończyła tuż przy ustach, odkształcając lekko górną wargę.
– Jak...
– Psy – przerwała, ostro i gniewnie. Siril też poczuł gniew na siebie, że to było pierwsze o co zapytał – jakby to miało teraz tak duże znaczenie. Wiedział, że zupełnie nie od tego chciał zacząć. Ale od czego chciał? Gdzie podjąć coś, co zostało przerwane dwadzieścia lat temu, bezlitośnie ucięte niczym nożem?
Milczał więc niezręcznie, próbując wyłowić jak najwięcej szczegółów jej twarzy w świetle gwiazd. Włosy Elory, krótko ścięte jak u mężczyzny, zszokowały go niemal równie bardzo jak blizna, ale nie chciał na razie pytać. W Tallenie jedynie żebraczki i niektóre kurtyzany strzygły się w ten sposób, ale ubranie Elory nie wskazywało na skrajną biedę, a Siril znał ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nigdy nie zniżyłaby się do sprzedawania własnego ciała. Miał głęboką nadzieję, że to się nie zmieniło. Twarz miała teraz szczuplejszą, a przez to jakby bardziej wyrazistą. Na swój sposób intrygującą, mimo szpecącej szramy.
Elora nigdy nie była piękna, nie w klasycznym sensie. Przedstawiała sobą ten typ prostej, miłej dla oka, choć pospolitej urody. Ale potrafiła być niezwykle czarująca, szczerością, a wręcz pozorną prostotą i naiwnością zjednywała sobie wielu ludzi. Siril dopiero po czasie zdał sobie sprawę, jak bardzo mylne okazało się pierwsze wrażenie. Pod łagodnością kryła ogromną siłę, pod niewinnymi pytaniami wnikliwe obserwacje, a pod uprzejmymi uśmiechami – tajemnice i niedomówienia. I kiedy w końcu to dostrzegł, Elora stała się piękniejsza. Stawała się piękniejsza z każdą rozmową, z każdą mądrą decyzją, każdym dobrym gestem i świadectwem jej niezłomnej postawy.
– Wyglądasz jak gówno – oznajmiła wreszcie, niespodziewanie przerywając ciężką ciszę.
– Miło słyszeć, że zachowałaś swój dziewczęcy urok. – Tym razem łatwo przyszło mu znalezienie głosu. Elora uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi i odczytał to jako niewielkie zwycięstwo.
– Zawsze wydobywałeś ze mnie wszystko, co najlepsze.
– Cóż, na pewno pomogłem ci wyostrzyć język. I poszerzyć słownictwo.
– Sporo podłapałam od chłopaków, ale byłeś znakomitą inspiracją, to prawda.
Teraz Siril też się uśmiechał. Kiedy słowa zaczęły wreszcie trafiać na swoje miejsca, spadł uciskający ciężar, zniknęło paraliżujące poczucie przebywania w koszmarnym śnie, jakby złamali jakąś klątwę.
– Elora... Tęskniłem za tobą. – Teraz zdziwiło go, jak proste było wypowiedzenie na głos tego co od początku kołatało mu się po głowie. Nie miało znaczenia, że słowa zdają się zbyt płytkie i ograniczone, bo przypomniał sobie, że przecież się znają. Znają się tak dobrze, że wszystko co trzeba ona i tak odczyta z jego głosu i wyrazu twarzy.
– Mieszkam niedaleko południowej granicy – odparła. Spojrzał na nią zdziwiony taką odpowiedzią, a ona odwróciła głowę. – To znaczy, że przejechałam prawie cały kraj – wyjaśniła cicho. – To znaczy... – dodała, znów spoglądając mu w oczy i wyciągając rękę, żeby musnąć palcami jego szorstką dłoń. – To znaczy, że ja też.
*
Nad równiną przetoczył się grzmot, tak potężny, że zdawało się, iż powietrze wokół nich zadrgało. Nie łudzili się wizją znalezienia schronienia przed deszczem na tym pustkowiu, ale mimo to zmusili konie do kłusa. Pęd i potężna wichura szarpały włosy i ubrania. Wysokie źdźbła z czasem zaczęły się zmieniać w szorstką darń, przetykaną gdzieniegdzie kępkami dłuższej trawy. Końskie kopyta nie zapadały się już w miękkim gruncie, ziemia stała się twardsza, czasem rozlegał się głośniejszy stuk, gdy podkowy natrafiały na drobne kamienie.
Siril całkowicie skupił się na rytmicznym unoszeniu ciała w siodle i uczuciu świeżego, chłodnego powietrza smagającego twarz.
Rozległ się kolejny ogłuszający grzmot, a ołowiane niebo rozerwał oślepiający blask błyskawicy. Chmury stawały się coraz ciemniejsze i cięższe, jakby pęczniały coraz bardziej. Przeciekły pierwszymi kroplami deszczu – Siril poczuł je na twarzy i dostrzegł, jak wzburzają powierzchnię płytkiego strumyka nieopodal. A potem chmury pękły. W jednym momencie runęła ulewa tak potężna, że w mgnieniu oka przemoczyła ich ubrania i włosy.
Ruszyli wzdłuż kamienistego, porośniętego rzadką szczeciną brzegu w górę potoku, tuż obok kipiącej wody.
Deszcz był zimny i tak gęsty, że zdawało się, iż można się nim utopić, ale Sirilowi wcale nie przeszkadzał.
Dawał poczucie oczyszczenia.
*
Mieszkała w przygranicznym mieście, na południu. Bez ogródek, nie udając przed nim wyrzutów sumienia, powiedziała, że prawie od razu związała się ze stacjonującym tam funkcjonariuszem Straży Imperialnej. Na pytanie, czy go kochała, odpowiedziała krótko: „potrzebowałam pomocy, a on był dla mnie dobry”. Nie tłumaczyła się, bo nie uważała, że ma z czego. I może przez tę prostotę, przez spokojną szczerość z jaką to mówiła, Siril nie potrafił być zły ani zawiedziony z tego powodu.
Powiedziała, że przez to nosi krótkie włosy. Ludzie z miasta szykanowali ją za związanie się ze strażnikiem. Nikt nie odważył się oznakować ich domu jako mieszkania zdrajcy, jak to czyniono z niektórymi donosicielami, ale nazywano ją tak za plecami. Kiedyś wracała nocą do domu i napadła ją jakaś banda, nie rozpoznała twarzy w mroku, ale wiedziała, że to jej sąsiedzi, ludzie, których codziennie mijała na ulicy. Pobili ją i obcięli jej włosy, tuż przy skórze. Mówili, że skoro żebrze o litość u wrogów i jest zwykłą kurwą, to nie powinna tego ukrywać. Potem sama zaczęła tak się strzyc, ale nigdy nie spuszczała wzroku, odpowiadając na kpiny hardym spojrzeniem. Zabroniła mężowi robić cokolwiek w tej sprawie. Mówiła, że tak było wygodniej i nie obchodzi jej co inni myślą.
Siril zapytał, czy blizny też są wyrazem sąsiedzkiej przyjaźni, ale zaprzeczyła. „Psy”, powtórzyła tylko, nie pozwalając drążyć tematu.
Kiedy opowiedziała już wszystko, o swoim związku ze strażnikiem, o tym, jakim był człowiekiem; o tym, że związała się z nim, żeby uniknąć śmierci głodowej i została, bo tak było wygodniej, spytała go, czy jej za to nienawidzi.
Opowiedział o swoim zajęciu. Że też zrobił to, bo czuł, że nie miał wyboru, chociaż zawsze ma się jakiś wybór i ona też go miała. Że ten wcale nie był łatwiejszy, ale że może właśnie dlatego to zrobili, żeby się ukarać. Bo to byłaby jakaś cholerna parodia, rażąca niesprawiedliwość, gdyby po tym wszystkim ośmielili się być szczęśliwi. Dlatego robili coś, czym pogardzali, żeby móc jeszcze bardziej gardzić sobą, żeby własnym nieszczęściem odpokutować błędy z przeszłości.
– Tak, to do ciebie podobne – stwierdziła cicho, nie patrząc mu w oczy. – Ale mylisz się, myśląc tak o mnie. Nie byłam nieszczęśliwa. Ludzie mnie nienawidzili, ale czy kiedykolwiek mi to przeszkadzało? Przykro mi, wiem, że chcesz myśleć, że cierpiałam bez ciebie i byłam samotna, ale to nieprawda. Ja chciałam żyć. Jak najlepiej, dla siebie i... dla mojej rodziny.
– Masz z nim dzieci?
Elora umilkła na chwilę, aż w końcu powoli skinęła głową.
– Dorosłą córkę, niedawno wyszła za mąż.
– Za strażnika? – warknął i natychmiast tego pożałował, ale Elora zignorowała uszczypliwość.
– Za stolarza. Przyzwoity człowiek, nie obchodzi go polityka.
– Teraz przejmowanie się losem ojczyzny uważasz za nieprzyzwoite? – zakpił.
– Raczej za głupie. – Wzruszyła ramionami niezrażona. – Dlaczego prostych ludzi miałoby interesować, kto nimi rządzi?
– Tak dobrze było ci pod skrzydłami swojego kochanka, że nie widzisz, co się dzieje?
– Widzę ciemny, zaślepiony naród uparcie dążący do własnej zagłady. Widzę szlachtę, która tak samo wyzyskuje prostych ludzi, co z tego, że pod zagranicznymi nazwiskami? Widzę starych ludzi, którzy, pierdząc w stołki, wpajają młodym jak to ładnie umierać za ojczyznę; jak to nasza religia, nasz język i kultura są lepsze od innych i pytam się, jaki w tym sens, skoro większość z tych ludzi gówno wie o jakiejkolwiek kulturze, a ziemię uprawia się wszędzie tak samo. A że nie nasza ziemia? A czyja, do kurwy? Wcześniej była królewska, teraz jest cesarska i jakoś nie wydaje mi się, że od tego zaczęła rodzić zgniłe owoce. Tyle że mało było rąk do pracy, bo wielu mężczyzn w sile wieku bezsensownie oddało życie. Ale będzie lepiej. Wzrasta nowe pokolenie i to pokolenie powinno pracować, powinno odbudować, co ich ojcowie głupio i naiwnie zniszczyli, a nie powielać ich błędy. Upadek handlu z Galdorem to cios, ale to nie koniec świata. Gdyby włożyć w to pracę, gdyby zacząć coś robić, zamiast załamywać ręce i odgrażać się cesarzowi pięściami, można wszystko odbudować, zacząć na nowo.
– Niektórzy próbują. Ale potem przychodzi Straż Imperialna i zabiera, co im się podoba. I co im wtedy z takiej pracy?
– Straż – parsknęła Elora z irytacją. – Na nich chcesz wszystko zwalić? To prawda, bywają brutalni. Czasem pobiją kogoś bez powodu, czasem nawet więcej. I tak, prostym, pracującym w pocie czoła ludziom najbardziej się obrywa. Mogą się zjawić bez powodu, zeżreć co jest, obmacać córki i przetrącić synom szczęki. Biorą co chcą, bo myślą, że im się należy. Teraz to jest straż, a wcześniej to byliśmy my. A jeszcze wcześniej bandyci. Jest źle, ale wiesz co? Zawsze było. I jakoś dało się żyć.
– Sama w to nie wierzysz. Znam cię, to nie jest coś, na co przymykałabyś oczy.
– A ty w co wierzysz? – odparowała. – Że Imperium to całe zło świata i że jeśli ono upadnie, to nagle całe to zło zniknie? W czym byliśmy od nich lepsi? W czym ty jesteś od nich lepszy, Siril?
– Nie chodzi o mnie. I pewnie masz rację, skurwysyny będą zawsze. Tak samo pod sztandarem Imperium, jak każdym innym, ale zgadzając się na to, bo tobie jest dobrze, nie jesteś wiele lepsza ode mnie.
– Stwórco, naprawdę będziemy to robić? – szepnęła Elora po chwili ciężkiego milczenia. – Licytować się, które z nas jest gorsze? Przecież nie o to chodzi, wcale nie chodzi o to, jakie grzechy popełniliśmy podczas tych dwudziestu lat. Chodzi o to, gdzie one nas doprowadziły. Tutaj. – Zatoczyła rękami, obejmując skąpaną w gwiezdnej łunie polanę, gdzie na burej ściółce podrygiwały nerwowe cienie drobnych gałązek. – Jesteśmy tu, bo oboje chcieliśmy czegoś ze swojej przeszłości. Jaka by nie była, czegoś nam stamtąd brakuje. Nie chodzi o te dwadzieścia lat tylko o to, co było wcześniej. Co może być dalej.
– Twierdziłaś, że jesteś szczęśliwa.
– A jednak tu jestem.
*
Strugi deszczu lały się z groźnie ciemnego nieba, wstrząsające powietrzem grzmoty zdawały się ogłuszać, jasne błyski rozdzierały ponury półmrok. Ulewa dudniła o twarde podłoże i rozbryzgiwała wodę strumienia, przechodząc w jednostajny szum. Ubrania lepiły się do ciała, włosy przylegały do twarzy, konie tuliły uszy i nerwowo zarzucały łbami.
Siril nie zwracał uwagi na zmieniający się krajobraz, na łagodne wzniesienia, ciemne kępki niewielkich zagajników i szare połacie nieobsianych pól ani na majaczące czasem w oddali pokraczne zabudowania samotnych gospodarstw.
Mimowolnie odtwarzał w pamięci ostatni fragment rozmowy z Elorą, zastanawiając się, jak do tego doszło. Ta rozmowa przypominała mozolne toczenie głazu – musieli współpracować, jeśli chcieli cokolwiek osiągnąć. Były kwestie wymagające wyjaśnienia i te, które pomijali jak śmiertelne przeszkody. Napięcie buzowało pod jego skórą, bo zdawał sobie sprawę, że jeden fałszywy ruch mógł zaprzepaścić całe starania. Chwilami było trudno. Kłócili się, czasem krzycząc na siebie i krążąc nerwowo po polanie, czasem gorzej, przerzucając się tylko gorzkimi oskarżeniami lub milcząc długo w chłodnej furii. Ale zdarzały się i dobre momenty. Rozmowa toczyła się sama i zdawało się, że to koniec wysiłku, że wszystko wraca na odpowiedni tor. Ale zawsze czaiła się kolejna przeszkoda i znowu się zaczynało – krzyki, milczące wyrzuty. Bolały wypowiedziane na głos słowa, te ostatkiem sił zachowane dla siebie bolały jeszcze bardziej.
Aż w końcu dotarli do punktu bez powrotu.
„Czy my się jeszcze znamy?” Pytanie zawisło między nimi ciężko i nagle uświadomił sobie, że nie zna odpowiedzi. A może nie miał siły szukać odpowiedniej.
„Wszystko co nas łączyło, teraz nas dzieli.”
Wiedział, że powinien zaprzeczyć. Pewnie tego oczekiwała. Mógł też powiedzieć, że nie można tego tak spłycać. Wspólna sprawa zetknęła ich ze sobą, ale połączyło ich coś więcej. Wreszcie, mógłby przyznać, że ma cholernie dużo czasu, którego nie ma jak spędzić i bardzo chętnie pozna ją jeszcze raz, bo to jedyne co ma dla niego jakiś sens.
Ale zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia.

*
Dochodziło południe, kiedy Naikon wyszedł narąbać więcej drewna. Allesana ze starszymi dziewczętami uwijały się już przy obiedzie, miotając się między kuchnią i pokojem jadalnym, gdzie większość gości dochodziła do siebie. Niektórzy trzeźwieli, inni postanowili ten moment jak najbardziej odwlec, uzupełniając stale opadający poziom wina we krwi.
Powietrze po burzy orzeźwiało, miało metaliczny posmak deszczu. Smród z obornika mieszał się z zapachem wilgotnej ziemi i wiosennych kwiatów. Kury ospale krążyły po placu, jedna chlapała się w brudnej kałuży, strosząc mokre pióra. Pojedyncze snopy słonecznych promieni przebijały się przez chmury, rzucając na szczyty gór jakby mistyczne światło.
Zresztą wszystko zdawało się jakieś bardziej mistyczne, kiedy wspomnienie ostatniej nocy wciąż otulało Naikona. Myśli, ciągle jeszcze ociężałe od wypitego wina, przenikało echo wczorajszych pieśni. Nawet teraz, kiedy odległe dźwięki zaledwie kołatały się gdzieś z tyłu głowy, dalej miał to euforyczne uczucie, jakby coś ciepłego rosło mu w piersi, a ciało stawało się lżejsze. Poczucie jedności z ludźmi wokół, przynależności, a jednocześnie jakiegoś nabożnego podziwu i bliżej nieokreślone pragnienie, żeby zrobić coś... wielkiego.
„W naszym narodzie jest siła”, mówił często Evanathiel i tę siłę czuło się w pieśniach. W dusznym wnętrzu pokoju jadalnego, gdzie dźwięki tłoczyły się pod niskim stropem, ta siła pęczniała w sercach i rozgrzewała krew.
Po drodze do szopy minął mnicha, którego imienia nie zapamiętał. Duchowny całą noc spędził na uboczu, stroniąc zarówno od wina, jak i od ludzi. Teraz klęczał przy niewielkim ołtarzyku poświęconym Czwartej Prorokini, Vennie, zwanej Matką. Naikon nie silił się nawet na pozdrowienie, bo mężczyzna zdawał się całkowicie pogrążony w modlitwie. Zanotował za to w pamięci, żeby trzepnąć Ryzę w pusty łeb, bo Allesna już kilka razy prosiła ją, żeby zrobiła porządek na ołtarzyku opiekunki domu. Tymczasem cztery bukiety polnych kwiatów smętnie zwieszały się z wazonów, a w pęknięciach kamiennego blatu zebrała się zmieszana z brudem deszczówka.
Ryza zawsze wymigiwała się od wszelkich obowiązków, nawet tych najdrobniejszych, ale Naikon obiecał sobie, że tym razem dopilnuje, aby siostra wywiązała się z zadania. Chociaż w głębi ducha domyślał się, że ostatecznie Brago zrobi to za nią.
Drzwi szopy zgrzytnęły głośno na starych zawiasach, kiedy szarpnął je mocno. Ich szczyt zahaczył o gałęzie buków, między które koślawy budyneczek był wciśnięty, i woda spłynęła z poruszonych liści wprost na głowę Naikona. Chłopak prychnął pod nosem i odruchowo otrzepał krótkie włosy. Zanim jednak zanurzył się w pachnący drewnem mrok, przez gęstwinę krzaków kłębiącą się przy płocie dostrzegł ruch na ścieżce po drugiej stronie.
Nietrudno było rozbudzić jego młodzieńczą ciekawość, więc już po chwili truchtał w stronę bramy, żeby zobaczyć, kogo tym razem przywiało. Do próchniejącego ogrodzenia zmierzało dwóch jeźdźców, w pierwszym Naikon od razu rozpoznał Szczura. Więc drugi to musiał być...
Serce niemal przyspieszyło mu z ekscytacji. Evan rzadko wspominał o Sirilu, ale kiedy to robił, zawsze mówił o nim z pewnym szacunkiem.
Chłopak z lekkim rozczarowaniem przyglądał się wyższej postaci, jak przejeżdża przez otwartą bramę i zsuwa się z siodła powoli, jak ktoś bardzo stary albo ranny. Patrzył na chudą sylwetkę, na zaniedbane czarne włosy, pociągłą twarz z cieniem zarostu na policzkach i ciężko mu było wyobrazić sobie tego mężczyznę walczącego ramię w ramię z Evanathielem. Ciężko było mu wyobrazić sobie tego mężczyznę robiącego cokolwiek wartego uwagi.
– Naikon. – Szczur przywołał go machnięciem okaleczonej dłoni. – Zajmij się końmi z łaski swojej – polecił oschle.
Siril nie spojrzał nawet na chłopaka, wręczając mu cugle swojej kasztanowej klaczki. Naikon odprowadził ich niechętnym spojrzeniem, kiedy ci oddalali się w kierunku domu. W pewnym momencie Szczur przez chwilę chciał chyba położyć dłoń na ramieniu towarzysza w pocieszającym geście, ale zrezygnował, jakby zawstydzony swoim ludzkim odruchem. Wciąż klęczący przed ołtarzem Czwartej Prorokini mnich obejrzał się za nimi bez słowa i pokiwał do siebie głową z jakąś dziwną zadumą. Na zabłoconym dziedzińcu minął ich południowiec Sanzo, wciąż chyba pijany. Zatrzymał się w drodze do stajni zaskoczony i przez chwilę jakby szukał jakichś słów, ale w końcu też poszedł tylko w swoją stronę, kuląc ramiona, jakby nie chciał zwracać na siebie uwagi.
Coś się stało, uświadomił sobie Naikon. A kiedy w progu Siril minął się z Lorikiem, który z jakimś zawstydzeniem odwrócił głowę, stało się jasne, że nikt tu nie chciał mieć do czynienia z cudzym nieszczęściem.
Wczorajsze złudzenie zjednoczenia i przynależności dziwnie zblakło, kiedy prowadził parę wierzchowców, rozchlapując kałuże na dziedzińcu i płosząc ospałe kury. Słońce wciąż przebijało się złotymi pasmami przez warstwę chmur, powietrze rześko pachniało wilgocią i wiosną, ale kołaczące się po głowie Naikona melodie wczorajszych pieśni, jakby straciły głębię.


niedziela, 22 czerwca 2014

Info



Hej,
ja tu tylko na chwilę, żeby zapewnić, że bloga nie zamknęłam/ porzuciłam/ zawiesiłam/ olałam (no może troszkę olałam, ale zaraz się będę tłumaczyć). Komentarzy też nie olałam, zdołałam je przeczytać i bardzo za nie dziękuję, postaram się odpisać jak tylko znajdę trochę czasu i odrobinę mózgu, żeby cokolwiek sformułować. Ostatnio miałam trochę szaleństwa na studiach, prawie wyleciałam z uczelni, a aktualnie aktywnie oblewam sesję (i to nie w tym dobrym, alkoholowym znaczeniu). Z racji mojego nieogaru trochę się to przeciągnie, ale mam nadzieję skończyć 30 czerwca (i na nowo przystąpić do zabawy we wrześniu <3 ) i w tym czasie nie dalej nie będę się chwytać jeszcze za pisanie.
Ale ogólny przekaz jest taki, że żyję i wrócę, mam nadzieję, że już na początku lipca.

EDIT: Przepraszam, miałam straszną blokadę i rozdział (bardzo wymęczony) dopiero niedawno powędrował do bety. Mam nadzieję wrzucić go jeszcze we wrześniu, ale poprawki trochę zaprzątają mi głowę, więc może być dopiero październik. Potem liczę, że częstotliwość pisania się trochę zwiększy.

sobota, 26 kwietnia 2014

Liebster Award

Po pierwsze może wykorzystam okazję, żeby upchnąć trochę informacji. Rozdział VI się pisze, ale bardzo mozolnie. Uprasza się o cierpliwość i nieoczekiwanie po nim przesadnej zajebistości, robię, co w mojej mocy, ale ja jestem jednak kijowa z uczuciami (nie wiem, jak to o mnie świadczy, ale scenę egzekucji pisało mi się znacznie lepiej niż spotkanie kochanków po latach...). W kolejnym rozdziale z kolei niestety będę chyba musiała zrobić troszkę infodumpa (za to w końcu będzie cokolwiek wiadomo...), ale za to jak już to odbębnimy pojawi się wreszcie trochę akcji. Wrócimy do Janrego Airisa (nie, nie pojawił się tam tak całkiem przez przypadek) i generalnie zacznie się coś dziać, więc nie poddawajcie się! ;) Ciągle się też zbieram do wprowadzenia poprawek do poprzednich rozdziałów, ale to jeszcze musi poczekać.

A teraz do treści właściwej.
"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego bloggera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana blogom o mniejszej, równej bądź większej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz do 11 osób (informujesz ich o tym), oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Ja zostałam nominowana przez FI4shTV z bloga Czarna Śmierć. Dziękuję bardzo, oto moje odpowiedzi:

1. Interesujesz się polityką?

Szczerze mówiąc, nie bardzo. Wiem, że trochę wstyd, ale nie ogarniam tego do końca i rzadko się na ten temat jakoś udzielam. Chociaż po pół litra wychodzi ze mnie prawdziwy specjalista, jak zresztą w każdej innej dziedzinie.

2. W jaki sposób umilasz sobie wolne chwile?

Czytanie, pisanie, seriale, alkohol oraz szeroko pojęta prokrastynacja.

3. Lubisz zombie? :3

Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką, ale wydaje mi się, że popkultura nie zrobiła z nimi nic tak strasznego, jak na przykład z wampirami. Wszystko zależy od użycia ich motywu, ale generalnie kojarzą mi się głównie z Walking Dead, a więc dość dobrze. Dla mnie to motyw jak każdy inny, można wykorzystać lepiej, lub gorzej.

4. Czemu akurat fantasy?

Trochę z sentymentu, bo od tego zaczęła się moja znajomość z literaturą inną niż lektury szkolne. Można bardziej popuścić wodze wyobraźni, wprowadzić do świata jakieś ciekawe elementy. W "Niech żyje król!" akurat nie korzystam z tego tak bardzo, bo mój świat jest pozbawiony magii i w gruncie rzeczy miał jak najbardziej przypominać nasze realia średniowieczne, tylko z fikcyjnymi miejscami i postaciami, z inną historią i trochę inną kulturą oraz religią (chociaż tu też jakiś rewolucyjnych nowości nie ma).

5. Czy boisz się śmierci?

"To nie tak, że boję się umrzeć. Po prostu nie chciałbym być w pobliżu, kiedy to się stanie" . Uważam, że jeśli ktoś się jej nie boi, to coś z nim jest nie tak.

6. W jaki sposób reklamujesz swoją twórczość?

Najwyraźniej nieefektywny. ;] Pozgłaszałam się do jakichś spisów blogów, wciskam linka każdemu kto wykaże szczątkowe zainteresowanie i ciągle liczę, że czytelnicy jakoś magicznie się pojawią.

7. Najbardziej irytujący typ czytelnika?

Nie wiem, jak ktoś czyta to co napisałam to już go lubię. Pewnie, najlepiej jakby jeszcze ośmielił się skomentować, a już w ogóle świetnie, jak w konstruktywny sposób, ale nie jestem wybredna.

8. Lubisz dzieci? :3

To ja już chyba wolę zombie. Nie no, nie tyle, że nie lubię, ale nigdy nie udało mi się ogarnąć ich mechanizmu działania i staram się na wszelki wypadek unikać bliższych kontaktów, żeby czegoś nie zepsuć. Bardzo nie lubię za to dorosłych w pobliżu dzieci, którzy nagle zaczynają się zachowywać jakby doznali udaru i kretyńsko szczebioczą.

9. Oglądasz jakieś seriale?

Jakiś pierdyliard, chociaż ostatnio w sumie mniej. Walking Dead, Suits, Shameless, GoT, Doctor Who z tego co ostatnio miałam na tapecie, ale wszystkiego wymienić chyba nie sposób.

10. Bohaterów wzorujesz na konkretnych osobach z Twojego życia czy są to twory "z głowy"?

Nie wzoruję na nikim konkretnym, jeśli o to chodzi. Obserwuję ludzi i wiele reakcji i zachowań moich bohaterów pochodzi właśnie z tych spostrzeżeń. Ale staram się, żeby mieli własne, specyficzne dla siebie wartości i motywacje, żeby wynikało to z ich doświadczeń, relacji, z ich własnego obrazu siebie. Część rzeczy się wymyśla, a potem wprowadzam bohatera w fabułę i patrzę co się stanie. Jeśli konstrukt był w miarę spójny, nie muszę się zastanawiać co zrobią ani co powiedzą, bo sami zaczynają ewoluować. Na znanych ludziach wzoruję ich niektóre cechy, ale nigdy całą osobowość, ona jakoś tak się sama tworzy, a przynajmniej powinna.

11. Na jaki stopień brutalności pozwalasz sobie w swoich opowiadaniach?

Zależy od opowiadania. Nie mam nic ani do scen brutalnych, ani erotycznych, ani wulgaryzmów - dopóki to czemuś służy. U mnie z założenia miało być dość mrocznie, ciężko i niekoniecznie przyjemnie, więc sceny brutalne się pojawiają. Pozostaje mi mieć nadzieję, że mój warsztat jest wystarczająco dobry, aby te sceny wywoływały odpowiednie reakcje i budowały klimat i atmosferę, o jakie mi chodziło.

Nominowani przeze mnie:

Nie wiem, czy one będą miały ochotę się w takie rzeczy bawić, noale obowiązek spełniłam. ;)
Pytania ode mnie:

  1. Skąd wziął się pomysł na opowiadanie z tego bloga?
  2. Pisanie masz dokładnie zaplanowane, czy idziesz "na żywioł"?
  3. Co jest dla Ciebie najważniejsze w historii? (klimat, postacie, pomysł, styl autora...)
  4. Jakie są Twoje ulubione książki? (albo książka, mnie zawsze ciężko wskazać jedną)
  5. Z czym masz najwiekszy problem w pisaniu?
  6. Co pisze Ci się najlepiej?
  7. O czym była pierwsza rzecz jaką napisałaś?
  8. Jakie jest Twoje zdanie na temat scen erotycznych, brutalnych i stosowania wulgaryzmów w literaturze?
  9. Jaka jest Twoja ulubiona postać literacka?
  10. Jakie masz zainteresowania poza pisaniem?
  11. Jaka jest najgorsza książka jaką czytałaś?

 

 

czwartek, 6 marca 2014

Rozdział V

 „Pieprzony Tallen”, pomyślał Janre Airis, moknąc na niegdysiejszym Placu Wiktona, przemianowanym kilkanaście lat temu na Plac Cesarski. Prawie każde miasto należące do Imperium Karravenu posiadało Plac Cesarski lub Imperialny, zwykle ozdobiony rzeźbą Druihila Anduriala, wspaniałego i dobrotliwego władcy rządzącego niepodzielnie całą zachodnią częścią Kontynentu. Talleńska mieścina Vardun nie była wyjątkiem – przed schodami ratusza prężył się odlany z mosiądzu wizerunek Cesarza. Teraz jednak to nie posąg przyciągał uwagę, a ponuro górujący nad milczącym tłumem szafot.
„Pieprzony Tallen ze swoją pieprzoną pogodą”, klął w myślach Janre, zachowując jednak poważny wyraz twarzy. Ulewa irytująco bębniła o hełm, zimna woda ściekała z kosmyków brązowych włosów po twarzy, wślizgiwała się za kołnierz, przemaczając przeszywanicę pod kolczugą, a w końcu i koszulę, która przylgnęła nieprzyjemnie do ciała. Przerzucony przez ramię szkarłatny płaszcz był ciężki od wilgoci i ubłocony.
Po drewnianym podwyższeniu uwijali się pomocnicy kata. Deszczówka spływała z krawędzi szafotu jak wodospad, który niedługo miał się zabarwić na czerwono od krwi skazańców. Stłoczeni na placu mieszkańcy Vardunu mieli ponure, nieprzeniknione miny, Strażnicy Imperialni odpowiadali im znużonymi spojrzeniami zza barierki.
Janre czuł ciarki na plecach, ale to nie chłód był tego powodem. Ci ludzie go przerażali. Ich blade, wychudłe oblicza, pozbawione najmniejszych emocji i puste oczy.
Airis wpatrywał się w to upiorne morze ciemnych płaszczy i białych jak wapno, trójkątnych twarzy, klnąc na ulewę i wszystko inne.
„Pieprzony Tallen i pieprzeni Talleńczycy, i ten ich pieprzony, ośli upór. I cholerny, pieprzony drań, kimkolwiek on był, który załatwił mi to pieprzone przeniesienie.”
Miało być tak pięknie. Kiedy upadł rodzinny interes, Janre postanowił opuścić ojczyste strony i przeniósł się na tereny dawnego Shindaru. To było porządne państwo – skąpane w południowym słońcu, gdzie rzadko padało, a jeszcze rzadziej dochodziło do rozruchów, bo mieszkańcy też byli porządni. Kiedy oznajmiono im, że od tego momentu są częścią Imperium Karravenu, wzruszyli tylko ramionami i wrócili do swoich spraw. Król przemianował się na namiestnika cesarskiego i siedział cicho, a wszystko szło tak, jak należy. Janre wstąpił w szeregi Straży Imperialnej, gdzie szybko awansował i po siedmiu latach został kapitanem w niewielkiej, cichej mieścinie. Większość czasu poświęcał na robotę papierkową i granie w kości. Miał nawet wystarczająco dużo czasu dla swojej ślicznej żony i trójki dzieciaków, których szybko się dorobili. I tak właśnie miał zamiar doczekać starości – dzieląc czas między zbijaniem bąków na posterunku w ciągu dnia i wieczornymi zabawami z piękną żoną. A potem wszystko wzięło w łeb i wylądował tu, w paskudnym Tallenie z jego paskudną pogodą i paskudnymi ludźmi. Zdegradowany do rangi sierżanta i z dowódcą, który pod każdym względem był jeszcze bardziej paskudny niż cały Tallen, jego pogoda i jego ludzie.
Jak na zawołanie zjawił się kapitan Guardano Viello, kuląc się trochę w strugach deszczu. Nie miał hełmu i przerzedzone, siwe włosy przylgnęły mu do głowy. Twarz kapitana, która zapewne nigdy nie była szczególnie urodziwa, szpeciła obrzydliwa, ukośna szrama. Zniekształcała prawą brew, nos oraz wargi i odznaczała się na niezdrowo pożółkłej skórze jak tłusta, różowa glista. Blizna stanowiła ponurą pamiątkę jeszcze z czasów walk o Tallen. Viello został ranny w czasie potyczki z jedną z dawnych bojówek i niektórzy twierdzili, że dlatego tak bardzo nienawidził talleńskich buntowników.
Janre twierdził, że Guardano wcale ich nie nienawidził, tylko najzwyczajniej w świecie był sadystycznym skurwysynem.
Sierżant Airis wyprężył się w salucie, podobnie jego podwładni, a dowódca odpowiedział na to niedbałym gestem.
– Spokój? – zagadnął, a Janre potwierdził skinieniem. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że kapitanowi ta wiadomość wcale do gustu nie przypadła. Że wolałby, żeby rozwścieczony tłum napierał na barierki, żeby motłoch zakotłował się jak szczury w worku, drapiąc, gryząc i tratując się wzajemnie. Wtedy mógłby rozkazać strażnikom wziąć ich na miecze i urządzić masakrę. Jednak panował martwy spokój i Guardano mógł tylko razem z resztą strażników moknąć na deszczu i czekać, aż zjawi się kat i skazańcy. Wreszcie po, jak się zdawało, długich godzinach wypełnionych tylko apatycznym milczeniem i rzęsistą ulewą zjawił się mistrz Jowan – potężny niczym wół mężczyzna o zaskakująco młodej i nawet przystojnej twarzy, oszpeconej jednak nieco śladami po ospie. Za nim kroczyło kilkoro skutych kajdanami, obszarpanych więźniów, otoczonych uzbrojonymi w długie miecze strażnikami.
– Będzie ślisko – oznajmił mistrz Jowan bez zbędnych wstępów i formalności. Kaci zawsze znajdowali się jakby trochę obok prawa. Dla nich wszyscy w końcu byli równi, biedacy, szlachcice, a nawet królowie – nikt nie był odporny na stryczek ani ostrze topora i chociaż egzekucja mogła się różnić ceremonią czy rodzajem użytego narzędzia, to efekt pozostawał taki sam. Dlatego nawet kapitan Guardano Viello nie przejął się brakiem formalnych pozdrowień ani nawet talleńskim akcentem kalającym mowę Karravenu. W końcu nikt nie mógł przewidzieć swojej przyszłości i gdyby kiedyś przyszło mu się spotkać z mistrzem Jowanem w mniej przyjemnych okolicznościach, lepiej było mieć pewność, że temu przypadkiem nie osunie się ręka i nie uczyni tego spotkania jeszcze mniej przyjemnym.
– Więc stąpaj ostrożnie – poradził kapitan. – Głupio by było, gdyby jedyny kat w okolicy spadł z własnego szafotu i skręcił sobie kark.
Twarz Jowana o przystojnych, regularnych rysach nie zmieniła wyrazu, podobnie jak nieprzyjemnie puste, blade oczy. Miał takie samo wyprane z emocji spojrzenie co mieszkańcy miasteczka i wywoływało ono podobny dreszcz na plecach sierżanta Airisa.
– Sugerowałbym zaczekać z egzekucją aż deszcz ustanie. Albo wykorzystać szubienicę – oznajmił kat fachowym tonem.
– Nie. Obiecałem gawiedzi krew zdrajców, więc krew dostaną. Egzekucja nastąpi przez ścięcie toporem, bezzwłocznie, gdy tylko burmistrz odczyta wyrok. Jakieś obiekcje? – zapytał Guardano ostro, a mistrz tylko skłonił głowę. – Dobrze – mruknął. – Wszystko gotowe? Chciałbym zaczynać, ta pogoda działa mi na nerwy.
Było gotowe. Skazańcy stali przy stopniach prowadzących na szafot, kuląc się z zimna w swoich brudnych, przemoczonych szmatach. Większość wpatrywała się w ziemię, niektórzy tępo, jakby z niezrozumieniem, gapili się na niewyraźnie majaczący w strugach deszczu kształt szubienicy, rysujący się mrocznie w szarości pochmurnego dnia. Tylko jeden spoglądał przed siebie z dumnie uniesioną głową – jakiś młodzieniec o trochę szalonym, nieobecnym wzroku.
W końcu zjawił się burmistrz miasteczka. Miał na sobie ozdobiony srebrnymi detalami surcot z czarnej wełny, a na głowie żałośnie przyklapnięty biret, z którego smętnie zwisało mokre pióro. Pulchny, nieporadny człowieczek wgramolił się niezgrabnie na szafot, a kapitan straży zajął miejsce po jego prawicy. Burmistrz odchrząknął nerwowo i wyciągnął zwój przemoczonego pergaminu. Janre wątpił, aby cokolwiek dało się z niego odczytać, lecz mężczyzna dzielnie zmrużył kaprawe oczka i zacinając się co jakiś czas, zaczął recytować listę oskarżeń.
Sierżant Airis słuchał tego jednym uchem. Wiedział, o co oskarżano biednych głupców kulących się przy schodach szafotu.
Obrazę majestatu cesarskiego.
Szerzenie nastrojów powstańczych.
Zdradę.
Wszystko to ogłaszano z taką pompą, jakby ci wymizerowani idioci naprawdę mieli nagle wyzwolić Tallen spod rządów Imperium. W rzeczywistości zbierali się czasem na czyimś strychu, spijali winem i półgłosem wyśpiewywali swoje pieśni narodowe, zapewne czując się, jakby kosztowali jakiejś zakazanej przyjemności, jak dzieciaki, które pierwszy raz chwyciły cycka w rękę i nagle poczuły się jak zdobywcy świata. Niby zamierzali zaatakować koszary – znaleziono plany, a nawet trochę broni, ta jednak nie wystarczyłaby nawet, żeby porządnie uzbroić ich samych, a co dopiero wystarczającą ilość ludzi do podjęcia takiego przedsięwzięcia. Atak to były zwykłe mrzonki, bajka, jaką opowiadali sobie, żeby przez chwilę poczuć się jak bohaterowie, choćby we własnej wyobraźni. Janre uważał, że wystarczyłoby kilka tygodni w lochach i parę batów, żeby wybić im podobne głupoty z głowy – ale kapitan Viello twierdził, że łatwiej niż cokolwiek z głów wybijać, było owe głowy strącić.
Airis spojrzał raz jeszcze na skazańców. Paru gówniarzy, a wśród nich pochlipująca, chyba jeszcze nastoletnia dziewczyna. Niebrzydka, co dało się ocenić mimo jej opłakanego stanu. Mogła sobie ułożyć życie, na pewno znalazłaby męża – zresztą może jej narzeczony stał gdzieś w tłumie, rozpaczając cicho nad utratą ukochanej. A może był wśród pozostałych oskarżonych, może to jeden z tych przerażonych chłopców, unikający teraz jej spojrzenia, w ostatnich chwilach życia przytłoczony mdlącym poczuciem winy, że ją w to wciągnął. Poza nimi jeszcze dwóch mężczyzn w sile wieku, pewnie mężów i ojców – kilka dzieciaków patrzyło w ich stronę z pierwszego rzędu szklistymi, wielkimi z przerażenia oczami. Ostatni skazaniec był już mocno posunięty w latach, na oko w okolicach sześćdziesiątki, choć może to paskudne warunki życia tak go postarzyły. Wciąż miał jednak sztywną i dumną postawę żołnierza, po której Janre wnioskował, że mógł służyć w wojsku za czasów obrony Tallenu.
Airis zdał sobie sprawę, że zbyt długo przypatruje się więźniom, więc na powrót skierował spojrzenie na zebranych na placu ludzi.
Chciał tylko, żeby ta farsa jak najszybciej się skończyła, bo stanie na deszczu bynajmniej nie poprawiało mu nastroju.
Wreszcie burmistrz skończył swoją wydukaną litanię oskarżeń i zszedł z podestu. Potknął się na mokrych stopniach i byłby spadł, plusnął w brudną kałużę na bruku jak kartofel w rzadką zupę, gdyby pomocnik kata nie zdołał go przytrzymać.
Jeden ze strażników stojących blisko Airisa zachichotał głupio pod nosem, inny szturchnął go łokciem. Na pustych, bladych twarzach mieszczan nie zaszła nawet najmniejsza zmiana. Z perspektywy stojącego na podwyższeniu kapitana musieli wyglądać jak ciemne morze, smugi chudych twarzy odznaczające się wśród falującej czerni niczym blade brzuchy martwych ryb. Deszcz nie przestawał bębnić o deski szafotu i kostki bruku w agresywnym staccato niczym parodii pogrzebowego marsza.
„Macie swój hymn na cześć bohaterów”, pomyślał Janre, ledwo powstrzymując się, żeby nie splunąć pod nogi. „Pieprzeni Talleńczycy, z tym waszym popieprzonym patriotyzmem, wartym mniej niż gówno na podeszwie. Tyle wam z tego przyszło, z tych waszych bajdurzeń o sprawiedliwości i wolności. Wasze matki, jak zjawy gapiące się na was stojących u stóp szafotu, jakby już nie miały siły płakać. Wasi ojcowie, zbyt zrezygnowani, żeby chociaż kląć na ponury los. Wasze żony i kochanki, zbyt pozbawione wiary, żeby błagać Stwórcę o ratunek. Wasze dzieci, które jeszcze nie rozumieją, że jak wejdziecie na szafot, to już z niego nie zejdziecie i nie wrócicie do domów. Tyle wam z tego przyszło, żeśmy wszyscy, kurwa, zmokli.”
W końcu na podwyższenie wszedł przyodziany w czarny kaftan kat. Twarz, raczej dla tradycji, niż z faktycznej potrzeby, zasłaniał czarnym kapturem. Stąpał pewnie po mokrych deskach; Janre odchylił mocniej głowę, żeby lepiej widzieć, jak mistrz Jowan rozkłada ręce i kłania się lekko. Nie otrzymał wiwatów, zresztą chyba ich nie oczekiwał. Wyciągnął rękę i jeden z pomocników wręczył mu wielki topór. Machnął bronią na próbę. Krople wody rozprysnęły się wdzięcznie wokół srebrzystego jak sierp księżyca ostrza i ktoś z tłumu westchnął. Była to jedyna reakcja, jeśli nie liczyć starszej niewiasty, która zemdlała – zrobiła to tak cicho i niepostrzeżenie, że mało kto zauważył. Janre z powrotem skierował spojrzenie na kata – egzekucja zdawała mu się mniej wstrząsającym widokiem niż te uporczywie milczące, apatyczne zjawy jakie stanowili mieszkańcy Vardunu.
Pierwszego na podwyższenie wprowadzono tego starego. Z dwóch stron pilnowali go pomocnicy, niemal równie potężni, co sam mistrz Jowan, ale zdawało się, że bez potrzeby. Były żołnierz podszedł do pieńka spokojnie jak prowadzona na rzeź owca. Bez ponagleń uklęknął, trochę niezgrabnie z powodu związanych na plecach dłoni, położył głowę i po prostu zamknął oczy. Janre odwrócił się w ostatnim momencie – nie przerażał go widok, ale nauczył się już, że krew daleko bryzgała. Hełm głośniej brzęknął, gdy uderzył weń silniejszy strumień. Kilka kobiet załkało, jakieś dziecko zaczęło płakać na całe gardło, dokładając swój ponury akcent do monotonnej melodii ciężkiego bębnienia kropel wody.
Z kolejnymi więźniami nie szło już tak gładko i Janre nawet odczuł lekką ulgę widząc znajome, ludzkie reakcje. Jeden z mężczyzn wprawdzie szedł posłusznie, ale płakał żałośnie, bełkocząc coś w stronę stojącej w pierwszym rzędzie kobiety, która jednym ramieniem przyciskała do piersi kilkuletniego chłopca, a drugie – wątłe i drżące jak wierzbowa witka na wietrze – wyciągała w stronę klękającego pod katowskim toporem męża. Też płakała, ale cicho, a chłopczyk tylko szeroko otwierał z przerażenia oczy i usta. Jednego z młodszych skazańców trzeba było dosłownie wlec – starał się zaprzeć, ale stopy ślizgały się po deskach mokrych od deszczu i posoki. Kolejna była ta młodziutka dziewczyna; wiła się w potężnych ramionach pomocników jak piskorz. Nie dawała za wygraną i mimo jej wątłej postury, konieczne okazało się wymierzenie jej kilku razów trzonkiem potężnego toporzyska, żeby znieruchomiała. Na to wśród ludzi podniósł się ruch, rozległo się zawodzenie i przekleństwa, tłum zafalował wrogo i Janre rozkazał swoim ludziom wyciągnięcie pałek. Zakotłowało się, kilka razów spadło na stojących najbliżej mieszczan, wrzaski i zawodzenie się wzmogły, raz czy dwa w hałas wplótł się brzydki trzask łamanej kości. Janre cofnął się dla lepszej widoczności bardziej pod szafot i szybko tego pożałował – z krawędzi, niczym wodospad, ściekała zmieszana z deszczówką krew i ten przyprawiający o mdłości strumień, mieszanina gorąca i płynnego lodu, spłynął mu za kołnierz.
Pomocnicy katowscy też odczepili od pasów okute metalem pałki i jeśli jakiś skazaniec się opierał, ogłuszali go i na wpół przytomnego przytrzymywali na pieńku, żeby mistrz Jowen mógł spokojnie wykonać zadanie.
Sierżant Airis skupił się na utrzymywaniu tłumu w ryzach; ledwo zauważał ciężki trzask wielkiego ostrza, ucinającego słabe protesty skazańców. Krew nieprzerwanie spływająca z podwyższenia wyglądała niczym szkarłatna kurtyna.
Jako ostatni wszedł na szafot młody chłopak o niewidzącym spojrzeniu wbitym w dal. Janre niemal odetchnął z ulgą, że to już koniec. Nie obyło się jednak od ostatniego akcentu, który do reszty zrujnował humor sierżanta. Głupi, nawiedzony dzieciak, któremu do pustego łba wtłoczono jakieś idiotyczne idee o wolności narodu, zdążył jeszcze wykrzyczeć żarliwe „ame verhas daekras!”.
Czy może prawie zdążył. Huk gruchoczącego kręgosłup ostrza i cichy stuk wpadającej do kosza głowy przerwał mu wpół zdania. Ale słowa i tak zawisły ciężko w powietrzu nad znowu milczącym tłumem. Janre nie znał dobrze talleńskiego, ale od dziecka płynnie posługiwał się językiem Galdoru, na tyle podobnym, że nie miał problemów ze rozumieniem rodzimej mowy Talleńczyków. Zresztą pewnie nawet kapitan Guardano Viello, zadziwiająco ignorancki pod względem przejawów jakiejkolwiek kultury innej niż karraveńska, musiał wyłapać znaczenie.
Zdawało się, że to zdanie działa niczym zaklęcie. Dwadzieścia lat temu ludzie ginęli z tym okrzykiem na ustach i, jak widać, dalej byli skłonni to robić.
„Niech żyje król”.
Janre był wystarczająco bystry, aby wiedzieć, że Talleńczycy wciąż szepcą to hasło ukradkiem, rozkoszując się nim jak jakąś zakazaną przyjemnością. Mimo że nie mieli króla, a ostatni sprzedał ich tchórzliwie dla ratowania skóry. Wątpliwe było, aby istniał jakikolwiek następca, ale wciąż...
„Niech żyje król”, mruczeli ukradkiem za plecami strażników, jakby spluwali na nich. „Niech żyje król”, uporczywie powtarzali przez lata niczym modlitwę, wpajali dzieciom, podkopując podwaliny propagandy Imperium.
„Niech żyje król” – ostatni wyraz buntu ludzi zbyt głupich i dumnych, żeby przyznać się do porażki. Przesycali w te słowa cały jad, całą pogardę, krótko i treściwie przekazując swoje pełne kretyńskiego uporu dążenie do zagłady. „Możemy stawiać pomnik cesarza na placach”, mówili, „możemy skłaniać przed nim głowy. Możemy mówić w waszym języku i pracować na waszych możnych, możemy spuszczać wzrok, kiedy traktujecie nasze ziemie jak swoje. Możemy wiwatować, jeśli nam każecie i klękać, jeśli taka będzie wasza wola. Ale nie jesteśmy jednymi z was, cesarz nie jest naszym władcą, ten kraj nie jest częścią Imperium, bo jesteśmy Talleńczykami. I w dupie mamy, czy prawo i mapy twierdzą inaczej, będziemy się tak długo wpatrywać w pusty tron, aż ktoś tam nie zasiądzie.”
– Rozpędź ten motłoch.
Janre drgnął, kiedy Guardano Viello stanął obok. Oszpeconą twarz kapitana wykrzywiała pogarda.
– Z całym szacunkiem, ale... nie ma powodów – zauważył Airis ostrożnie. – Są spokojni.
Faktycznie, ludzie obserwowali, jak miejsce egzekucji sprzątają pomocnicy kata i kilku zaprzęgniętych do brudnej roboty biedaków. Bezgłowe ciała upchnięte na wózkach okrywano kocami, żeby przetransportować je za miasto i spalić. Kosze zebrano osobno, być może kapitan planował jakąś makabryczną dekorację z odciętych głów ku przestrodze.
– Coś mamroczą – zauważył kapitan, gniewnym spojrzeniem omiatając moknący w rzęsistym deszczu tłum nieruchomych postaci.
– Modlą się – odparł Janre, siląc się na spokojny ton. – Nie możemy im tego zabronić.
– Możemy im zabronić paplać w tym swoim psim języku, na terenach Imperium obowiązuje mowa Karravenu – fuknął Guardano, ale wyglądało na to, że odzyskał rozsądek. Nie mógł pozwolić, aby podwładny poddawał w wątpliwość rozkazy, ale chyba deszczówka jednak nie wypłukała ostatnich resztek mózgu kapitana i zrozumiał, że urządzanie rzezi na placu faktycznie nie przyniosłoby wiele dobrego. – Ale nasi chłopcy mieli ostatnio dużo roboty. Wszelkie uczenie kultury tych prymitywów i tak spełzłoby na niczym. Dopilnuj wszystkiego, ale jeśli nie będzie dalszych problemów, nie interweniuj. Po wszystkim pozwól swoim ludziom na dodatkowy kubek wina, na rozgrzanie. Sam też skorzystaj, należy nam się po sterczeniu na tej kurewskiej ulewie.
Sierżant Airis podziękował i zasalutował służbiście, zadowolony, że dowódca rozwiązał sytuację w taki sposób.
Nie miał ochoty na branie udziału w masakrze niewinnych mieszkańców Vardunu – przecież nie chciało mu się dłużej moknąć.
*
Mrok miękko spłynął na polanę. Cienie pogłębiły się i wydłużyły, schłodniało powietrze. Do tego, kiedy Evanathiel wraz z resztą grupy ruszyli do domu Allesany, zapanowała cisza.
Siril starał się sprawiać wrażenie opanowanego, ale widać było zdenerwowanie w, niby to znudzonym, przechadzaniu się w tę i wewtę, w mechanicznym sposobie, w jaki gładził pysk swojej kasztanowej klaczy.
Szczur obserwował to w milczeniu. Evan kazał mu tu zostać, żeby w razie potrzeby pokazać dwójce przyjaciół odpowiednią drogę. Nie protestował, chociaż podejrzewał, że wyruszy stąd sam.
Elora nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Nie chodziło o żal, który kiedyś do nich żywiła, nie obwiniała ich już o dawne decyzje. I chyba dlatego... przestała być jedną z nich. Ich wszystkich, mimo różnic, zmian jakie zaszły na przestrzeni dwudziestu lat, kurczowe trzymanie się przeszłości nierozerwalnie spajało. Mogli mówić o ruszaniu naprzód, o wybaczaniu sobie wzajemnie i sobie samym, ale Szczur wiedział swoje. Gdyby naprawdę tak było, gdyby potrafili zapomnieć i ruszyć dalej, nie potrzebowaliby do tego jakichś rytuałów. Nie byłoby ich tu dzisiaj, gdyby naprawdę to potrafili. Dlatego wciąż byli Szesnastką, niezależnie od tego, ilu zostało. A Elora potrafiła odpuścić, bez rozgrzeszeń, bez pożegnań. Odeszła – nie tylko fizycznie, ale naprawdę zostawiła to za sobą. Pozostała jej tylko jedna niedomknięta sprawa i dlatego Szczur podejrzewał, a może raczej miał nadzieję, że do Allesany pojedzie samotnie. Bo na pewno nie będzie miał u boku dwójki towarzyszy, najwyżej jednego – i byłby to towarzysz nad wyraz nieszczęśliwy.
– Może nie przyjedzie – odezwał się Siril głucho, nie patrząc nawet w stronę kompana. – Może jednak zmieniła zdanie...
Szczur nie potrafił określić czy w jego głosie pobrzmiewa rozpacz, czy nadzieja.
– Nie – odpowiedział krótko. – Nie rozmyśliła się, będzie tutaj.
Wiedział, że ta sprawa się dzisiaj rozwiąże, w taki czy inny sposób. Niezależnie od wyniku, dla Elory to będzie ulga – wszystko inne zdołała w końcu poukładać. Szczur był niemalże szczęśliwy kiedy spotkał się z nią, a ona nie chciała go widzieć. Jedna z dwóch osób na świecie, które nie traktowały go jak chmury nieświeżego powietrza, kazała Szczurowi zniknąć raz na zawsze, jemu i całej reszcie. I odszedłby, z lekkim sercem. Ale w ostatniej chwili spytała o Sirila. O niczym innym nie chciała wiedzieć – nie chciała mieszać nowego życia ze starymi brudami. Ale o niego musiała zapytać. Po dwudziestu latach to jedno nie dawało jej spokoju, wymazała z pamięci przyjaciół, wspólne radości i żale, wymazała masakry, śmierć, zwycięstwa i porażki. Ale nie jego.
Ktoś o wrażliwszej naturze pewnie uznałby to za szalenie romantyczne. Szczur uważał to po prostu za smutne.
Siril usłyszał ją pierwszy. Dało się to określić po sposobie, w jaki napiął całe ciało, zamarł patrząc przed siebie niczym czujne zwierzę, szukając wzrokiem ruchu wśród martwych, długich cieni drzew.
Szła niespiesznie, prowadząc wierzchowca za uzdę. Twarz, mimo ciemności i wyjątkowo jak na tę porę łaskawej pogody, skrywała pod kapturem podróżnego płaszcza. Szczura to nie zaskoczyło, bo znał przyczynę tego kamuflażu. Siril, nawet jeśli się zdziwił, nie dał tego po sobie poznać. Dzięki bezchmurnemu niebu jego twarz w świetle gwiazd pozostawała dobrze widoczna – strach i wzruszenie, radość i niedowierzanie nieudolnie skryte za maską opanowania.
– Miło cię znów widzieć, Dekko – powiedziała Elora, z obliczem wciąż skrytym w cieniu kaptura.
Szczur odpowiedział wąskim uśmiechem. Gdyby Evanathiel też się tak do niego nie zwracał, pewnie sam zapomniałby, że tak brzmi jego imię.
– Nawzajem – odparł szczerze, chociaż zabrzmiał jak zwykle ironicznie i jakoś obłudnie. – Cóż, zostawię wam trochę prywatności. Powłóczę się trochę po lesie, żadne dzikie zwierzę raczej nie połasi się na coś tak paskudnego jak ja. – Wykrzywił usta w kolejnym prześmiewczo-cynicznym grymasie, który u niego funkcjonował jako odpowiednik uśmiechu. – Nie spieszcie się – dodał i ruszył w kierunku głębszego cienia, gdzie ciasno splecione korony drzew nie przepuszczały gwiezdnej łuny.
Miał nadzieję, że kiedy wróci, polana będzie pusta.